Archiwum:
01-04.2005r.

10-12.2004r.

 

 

 

 

 

 


 

 

19.06.2005


Z ogromną radością i entuzjazmem pojechałam na rowerze w piątek do stajni. Wpadłam na górę, przywitałam się z Natalią i Magdą... i dowiedziałam się, że Jessice najpierw odpadła podkowa, a później, razem z nią, pół kopyta... Wiadomo, jaka była moja reakcja - pobiegłam od razu na dół. Jess nie chciała pokazać mi tej nogi, bolało Ją. Ale nie miałam problemów z zobaczeniem tego kopyta. Na szczęście był już u Niej kowal i wszystko ładnie wypiłował. Chociaż tyle dobrze. Cieszyłam się, że jednak wzięłam do stajni maść tranową, której chciałam zacząć używać dopiero jak będę codziennie w Górkach i będę mogła zobaczyć efekty. Szybko mogłam Jej posmarować te kopyta. Tak śmiesznie wyglądała, jak wąchała moje ręce i swoje przednie kopyta :-) Wąchała, patrzyła na mnie, wąchała znowu pytając "Hej... co to jest?! Z czym Ty mi tu wyskakujesz?" :-) Ale potem się już przyzwyczaiła. O wychodzeniu poza boks i zabawach nie było mowy... a więc zostałam z Nią w boksie. Tam przecież też mogłam sprawdzić różne gry. Na początku wyczyściłam Ją i sprawdziłyśmy jeża i driving. Dziwiłam się tylko, czemu Ona znowu tak bardzo gryzie... Przecież już było lepiej. No więc znowu musiałyśmy rozpracować gryzienie i nie włażenie w moją strefę osobistą. Kluczem do tego zadania były 3 sprawy - stanowczość, sprawiedliwa i efektywna faza 4 - czyli kontakt z ciałem konia - i OBOP po oglądnięciu kasety z kursu! - czyli FG aby wyrównać szacunek z przyjaźnią. Tego nam brakowało!! Mogłam spokojnie odsuwać Jess gdy była za blisko, ale potem też Ją pogłaskać po łebku... :-)) Zrobiłyśmy też FG z ręcznikiem, którym wycierałam Jej pysk na mokro. Na początku bała się przykrywania głowy ręcznikiem i zasłaniania oczu, ale rozpracowałyśmy to na spokojnie. W międzyczasie dowiedziałam się, skąd problemy z gryzieniem... otóż została porządnie uderzona za gryzienie... no to już przynajmniej wiedziałam, czemu znowu mamy z tym kłopot...
Poznałyśmy nowego konia do wozu - Dakotę, czyli około 4-5-letniego wałacha. Jest z tego samego miejsca, co Jessica i Kasia. Biedak, poobdzierany, napierający na presję fizyczną, bojący się psiknięcia sprayem... czyli standard. Nawet nie umie podawać przednich nóg. Ale stosunkowo szybko się uczy. Po jeżu na całym ciele już wiedział o co chodzi z podawaniem nóg, po FG ze sprayem dał sobie popsikać ranę nad okiem, a potem wygłaskać za wszystkie czasy :-) W piątek i w sobotę, wspólnymi siłami wyczyściłyśmy Go, wyrównałam Mu grzywę i ogon i wyglądał już nieco bardziej jak koń :-) Ogólnie kochane z Niego konisko. Jessica oczywiście była zazdrosna, jak zajmowałam się Karym ;-)
W sobotę przyszłam do stajni ok. 16:00. Na górze widziałam już jakąś wycieczkę, więc od razu pojechałam na dół. Jess stała sama :-( Młode były jeszcze na paddoku a Kasia i Kary w wozie. Żeby Jej troszkę osłodzić życie, narwałam mleczy i wrzuciłam do żłobu. Doceniła te smakołyki - wolała to od siana :-) Posmarowałam znowu kopytka maścią - znowu tak śmiesznie na mnie patrzyła i wąchała, ale już widać było, że się przyzwyczaiła do tego zapachu. Zrobiłyśmy krótkie FG z liną i kantarem, założyłam Jej kantar na łeb a linę przywiązałam do drzwi boksu. Chciałam Jej skrócić nieco grzywę, bo lubią Jej się rozdwajać końcówki, a Ona sama z kolei uwielbia machać łbem jak trzymam nożyczki w rękach, co się może niebezpiecznie skończyć jeśli nie zdążę odsunąć ręki... a więc stała tak sobie w boksie, a przy okazji testowałyśmy jo-jo (no bo przecież tak fajnie jest gryźć linę, jak się stoi i robi się nudno...), jeża (bardziej szanuję ścianę niż Ciebie...), no i driving (hmm pogryzę Cię... nuuuuudno się robi!). Koniec końców zabiegi fryzjerskie się udały, a przy okazji ustaliłyśmy kto tu kandyduje na osobnika alfa ;-) Problemy z gryzieniem zdecydowanie były mniejsze niż w piątek!! :-))) Odpięłam linę, zdjęłam kantar, wyszłam z boksu... kątem oka widzę Jess... która wprost proporcjonalnie do mojego zbliżania się do wyjścia zaczyna się coraz bardziej denerwować... jak wyszłam, to nawoływała mnie rżeniem... miałam łzy w oczach...!! No tak, zwykle jak zakładam kantar i linę to idziemy się bawić a teraz poszłam... to było cudowne!! Za chwilę wróciłam do Niej i posiedziałam z Nią w boksie. Pogłaskałam Ją... kiedyś nie pozwoliłaby mi na to!!!! Jeeeju, uwielbiam takie momenty...
W zasadzie mimo iż nie wychodziłyśmy z boksu, ten weekend był CUDOWNY! Jak bardzo mogłam doświadczyć zmian... jak silnie mogłam odczuć to, że coraz częściej prowadzimy ze sobą aktywny DIALOG!! Kiedyś miałam wrażenie, że ja coś mówię, a Ona w ogóle nawet nie chce mnie słuchać, a teraz zaczyna mi odpowiadać. To jest cudowne. Już za tydzień wakacje!! Wtedy dopiero będzie się działo =))

 

29.05.2005

No więc tak :-) w środę wieczorem oczywiście nie wytrzymałam i popędziłam do stajni wieczorem :-) była tam Karolina, Natalia i Piotrek. Poszłam się przywitać z Jess i zobaczyć Jej nogę. Na górze była imprezka, więc normalka ;-) czyli tańce, alkohol, kobiety i śpiew ;-) Okazało się, że mamy w stajni kuca - czysty szetland! Kuba jest po prostu jak laleczka, ozdóbka całej stajni - dodatkowo ma takie piękne kucyki z grzywy, żeby mu było mniej gorąco... jest kasztankiem o złotej grzywie. No po prostu cudo :] byłam jeszcze bardziej zachwycona, jak na Niego wsiadłam na 3 kółka... hihi, jest taką małą szafeczką, na której strasznie miękko się siedzi! w kłusie był rewelacyjny... wszyscy się ze mnie śmiali, bo miałam stopy w odległości paru centymetrów od ziemi... Po zabawnych historiach z Kubusiem, wzięłam mojego "super carrota" z szafki, żeby go poprawić w domu, po czym pojechaliśmy wszyscy do domu. 

W czwartek byłam w stajni od południa. Zaliczyłam swoje pierwsze zadanie - czyli spędzenie z koniem wolnego czasu na paddoku. Trochę się poopalałam (co niewiele dało, bo ja się opalam ze sto lat), poobserwowałam Jess. Później zdarzyła się zabawna sytuacja... ponieważ była możliwość (choć nie wyszło), że pojadę w teren na Kasi, to postanowiłam poczyścić Ją na paddoku. Zakładając, iż muszę pokazać Jess moje zainteresowanie i Nią, najpierw podeszłam do Niej. Poczyściłam Ją chwilę, nie wykazywała większego zainteresowania moją osobą, było ok. Ponieważ była raczej czysta, skończyłam w miarę szybko i odeszłam do Kasi... po chwili była przy nas Jessica, która chyba 3 razy odganiała Kasię ze skulonymi uszami, wzrokiem teściowej i wystawionymi zębami... :P tego się nie spodziewałam... dopiero gdy Jessicę chwilę poczyściłam, dała mi doczyścić Kaśkę... czytałam kiedyś na liście, że koń nie powinien zachowywać się tak w stosunku do innego konia, gdy my tego nie chcemy - dlatego gdy Jess odganiała Kasię, dalej czyściłam Kasię, jak gdyby nie zauważając działania Jessici. Dopiero gdy Jess stała spokojnie, zaczynałam czyścić Ją, dążąc do tego, żeby i tak czyścić dalej Kasię. Nie miałam jednak np. liny w ręce, żeby np. odgonić Jess... ale taka sytuacja zdarzyła nam się pierwszy raz! Byłam na prawdę w szoku... zwłaszcza, że Jess zazwyczaj nie lubiła, jak się Ją czyści  ;-) Później pojechałam do domu na obiad i wróciłam po południu. Teren niestety nie wyszedł. Poznaliśmy dziewczynę, która będzie dzierżawić Graala zamiast Iwony. Jest ok, ale niewiele o Niej wiemy. Około 17 poszłam do Jess, aby zrobić Jej kopyta smarem, ale oczywiście nie odpuściłam sobie i wzięłam kantar sznurkowy i linę ;-) Zrobiłyśmy pierwsze 4 gry przed dolną stajnią. Pierwszy raz zrobiłyśmy programowe yo-yo! Dotychczas robiłyśmy to tylko gdy Jess stawała dęba, nie jako normalną grę... Na 4 fazę, ale Jess C_O_F_N_Ę_Ł_A!!!! to było niesamowite. Oczywiście draw (przyciąganie) miała o wieeele lepsze ;-) Zakończyłyśmy FG, a potem poszłyśmy smarować kopytka. Jess stała grzecznie, mimo iż młode rżały i były trochę nadpobudliwe. Później musiałam już jechać, Jess weszła grzecznie do boksu, a ja się z Nią pożegnałam. 

W piątek zaczęła się moja choroba :-( czyli bolało mnie gardło i miałam straszny katar. Jedyne, co mnie ucieszyło okropnie tego dnia to fakt, że Pan Janek (właściciel Jess) oficjalnie zgodził się na niekonwencjonalną dla Niego pracę z koniem z ziemi, a nie tylko z siodła... :-)))) sukces! Tego dnia nie miałam na nic siły, więc tylko posiedziałam chwilę w boksie z Jess, jak zwykle sprawdziłam przy okazji trochę jeża w boksie, trochę bloków... i padłam. Jak wróciłam do domu, to od razu zasnęłam. Obudziłam się następnego dnia po 13 godzinach snu.

W sobotę też byłam mało energiczna ;-), ale chciałam zrobić trochę zabaw z Jess. Upał był koszmarny mimo iż było przed 19... Po Jessice widać było już od wyprowadzenia z boksu, że jest "żywa" ;-) ale jakoś wyjątkowo szybko Jej się odechciało takiego podejścia do tematu ;-) Poszłyśmy w miejsce, gdzie jeszcze nigdy się nie bawiłyśmy, czyli na "paddok" koło dolnej stajni. Oczywiście trawa była "number 1" ;-), ale to w jakimś sensie ma swoje dobre strony... Po pierwsze, mogę ćwiczyć odrywanie Jej od trawy, po drugie - chyba krótkie schematy podczas gier robią swoje... Krótkie, bo mam chwilę Jej skupienia a potem rzuca się dalej na trawę (na co starałam się Jej pozwalać tylko wtedy, gdy zrobiła to, o co Ją poprosiłam), a schematy - bo chyba gry powoli wchodzą Jej jakoś do łebka. Przynajmniej tak sobie marzę, że Jej wchodzą. Nie wiem natomiast ciągle, czy mam tak zostawić temat trawy, czy z nim walczyć... bowiem gdy biorę Jess na zabawy w miejsce, gdzie jest dużo trawy, to Ona jest w stanie wykazać chwilowe zainteresowanie mną, a potem wraca do trawy. Wydaje mi się, że to zainteresowanie jest baaaaardzo krótkie, może nawet za krótkie. Jednak kiedy idziemy gdzieś, gdzie w ogóle nie ma trawy - szybko następuje coś w rodzaju znudzenia mną, Ona zaczyna się denerwować, stawać dęba, itp. Co więc lepsze? Może powinnam pobyć z Nią tam, gdzie się denerwuje z jakieś 2 godziny, może w końcu uda mi się wygrać, a Ona się uspokoi? Tylko czy jest sens doprowadzać do takich konfrontacji?? Nie wiem. Chyba na razie zostanę przy bezpieczniejszej opcji, czyli paddok z trawą. Znowu zakończyłyśmy FG, odeskortowałam Ją do boksu. Później, gdy już odjeżdżałam do domu, coś mnie nagle podkusiło, żeby jeszcze raz do Niej zajrzeć... i to była bardzo dobra decyzja, bo coś sobie uświadomiłam dzięki temu. Muszę popracować nad swoimi blokami oraz nad zaufaniem Jessici do mnie. Jess bała się podczas moich bloków, że Ją uderzę. Podejrzewam więc, że w moim machaniu albo wystawianiu ręki jest jeszcze trochę negatywnych emocji, a z kolei w Niej - strachu. Musimy nad tym popracować!

 I oby więcej takich dobrych i pozytywnych weekendów :-)))

25.05.2005

 Za jakiś czas wyjeżdżam do Górek... to będzie wyjazd przełomowy. Po pierwsze oświadczę skrajnemu klasykowi, właścicielowi Jess, że chcę robić coś z ziemi z koniem... Albo się na to zgodzi, albo nie i wtedy nie będę już mieć konia do PNH :-( Takie właśnie są uroki nie posiadania własnego konia. Cóż, dłużej faktu, że bawię się z koniem, nie mogę ukrywać - mam wtedy za mało czasu, stresuje się ja, przenoszę to na konia, wychodzi z tego paranoja. Oczywiście mam nadzieję, że właściciel Jess się zgodzi... Wreszcie mam linę Samsona, wreszcie mam wiedzę, którą przekazała mi Kasia i co ogromnie dużo mi dało, mam w końcu SSystem - uporządkowany program... Miejmy nadzieję, że wszystko się uda. Miejmy nadzieję, że Jessica będzie lepiej reagowała, że nam się UDA. Zdam relację w niedzielę, jak to wszystko wyszło... Trzymajcie kciuki!!

 

8.05.2005

 To był na prawdę cudowny weekend spędzony z Kasią vel Black Pearl =)) W sobotę byłyśmy caaaały dzień w stajni! Pierwsze wrażenie zrobiło na mnie savvy Kasi... W każdej sytuacji, gdzie miała kontakt z koniem, wykorzystywała w pełni swoją wiedzę, chociażby przy łapaniu Perły i przeprowadzaniu Jej na inny paddok. Potem zaczęłyśmy gry. Najpierw Kasia pokazała mi pierwsze 3 zabawy z Perłą - friendly, porcupine i driving. Przy friendly zwracała uwagę na powolne, rytmiczne ruchy, przy przestawianiu przodu w jeżu - że mają się skrzyżować przednie nogi, że są charakterystyczne punkty, na które naciskamy carrotem albo w których układamy rękę, w driving - że możemy na 3 sposoby przestawić przód, możemy cofać "na ślepca" ze strefy 1, a co najważniejsze - że zaczynamy od DG przodu, co jest trudniejsze niż DG zadu (taaaak, oczywiście zaczęłam od tego łatwiejszego i byłam dumna, że choć jedno nam wychodzi ;-) będziemy więc ćwiczyć przód!!). Sama też mogłam pobawić się z Perłą. Wiele razy zrobiła mnie w konia ;-) Ale dzięki temu dużo się nauczyłam. A obok stała Kasia, która mi pomagała :-)) Perła pokazywała mi, co to znaczy być stanowczym (zobaczymy, kto dłużej wytrzyma fazę 4...), zdecydowanym (przecież chciałam przejść na drugą stronę konia... to czemu rezygnuję??!!), delikatnym (od fazy 1 się zaczyna). Następnie, po przerwie, Kasia pokazała mi z Perłą dalsze zabawy. Tu z kolei trzeba mieć dobrze opanowane wszystkie poprzednie gry, bo czasem rozkłada się gry 4-7 na drobne kawałki... które są po prostu grami 1-3 :-) Tu znowu mamy różne możliwości (chody boczne - albo przestawienie przodu / zadu na zmianę, albo "wycieraczka" - carrot rytmicznie działa na 2 strefy, odsyłając całe ciało konia w bok). Następnie Kasia pokazała mi zabawy z Da-janą. Choć nieco inne w temperamencie (Da-jana uciekała przed straszną rzeczą, Jess pewnie zaczęłaby ją atakować), są do siebie z Jess podobne w reakcjach. Dobrze musiałam więc przypatrzeć się działaniom Kasi, Jej stanowczości, opanowaniu, szybkości. Ojj dużo mi jeszcze brakuje! Mamy co nadrabiać... :-) Brak aktywność to zdecydowanie mój słaby punkt. Kolejna ważna obserwacja - gdy koń boi się jakiegoś przedmiotu we friendly game, to my nie zabieramy ani nie przybliżamy tego przedmiotu - zostawiamy go dokładnie w tym samym miejscu, w którym był poprzednio. Dopiero gdy koń stanie w miejscu, co jest jego zadaniem - odpuszczamy i dajemy wygodę. Oglądając Kasię stwierdziłam, że ja, będąc w identycznej sytuacji już dawno dałabym sobie spokój, stwierdziła, że do niczego nie dochodzę i wstawiła konia do boksu.. ojj przegrałam tak już wiele razy :-/ Po skończonych zabawach z Da-janą, był jeszcze czas na jazdę na Perle. Wsiadła Kasia, żeby pokazać mi podstawy, a potem ja - krążyłyśmy sobie z Perłą "od Kasi do Kasi" ;-), często ćwicząc przy okazji ruszanie i zatrzymywanie się :-)) Ehh, gdyby wszystkie konie tak łatwo ruszały jak Perła (może niekoniecznie wszystkie, na razie wystarczyłaby Jessica ;-)). 
To, że musiałyśmy później już wracać do domu Kasi, nie znaczy, że całkiem rozstałyśmy się z PNH! Do 22:30 oglądałyśmy płyty DVD z Savvy Systemu. Dołączyłam przy okazji do fan - clubu Lindy :D uświadomiłam sobie, jak ważne są zróżnicowane pomysły na rozwiązanie problemu (nie jedna strategia, a kilka!, w razie gdyby któraś zawiodła), jak szybkie muszą być reakcje człowieka, jak dużo zależy od podejścia do sprawy. Nie można nie wspomnieć o tym, że Lindę wszystko cieszy, bawi! TO się nazywa podejście!!
Wieczorem jeszcze dyskutowałyśmy z Kasią na różniste tematy, co skończyło się zaśnięciem po 1:00... budzik zadzwonił już o 7:00, co nas obydwie przestraszyło :P

Podsumowując: było EKSTRA! =)) dużo wyniosłam z tej wizyty, nie tylko w zakresie "końskim" - Kasia jest świetną osobą, z ogromną ilością pozytywnej energii która zaraża! Najbliższy czas będę spędzać na oglądaniu zdjęć i filmików, które nagrywałam podczas zabaw Kasi z końmi. Dużo jeszcze rzeczy muszę sobie na spokojnie przeanalizować i przypomnieć. Najważniejsze jednak jest to, że mam dobre nastawienie i znowu wierzę w to, że MOŻE się udać!! Dziękuję Kasiu :-**

 

3.05.2005

 Długi weekend... opiszę po kolei, dniami, co się działo:

Piątek: dużo energii. Zbyt dużo. Nie ma teraz wozów, a kobyły dostają tyle samo jedzenia ile przy regularnym wysiłku. Zaowocowało to totalnym brakiem skupienia i złością. Średnio nam wyszło FG, nie mówiąc nawet o jeżu. Stawanie dęba, brykanie, wybijanie z zadu, zęby. Jedynym plusem było to, że na początku (bo potem już nie) cofała od potrząsania liną i uderzaniem CS o ziemię. Robiła potem coś na kształt circling, ale oczywiście gdy ja nie obracałam się za Nią, Ona ze złością chciała na mnie napierać. Dalsze zabawy nie miały żadnego sensu, Ona zaczynała się robić agresywna. Skończyłyśmy na DG zadu przed samą stajnią, gdzie była jeszcze w miarę spokojna, choć niespecjalnie skupiona. No ale przynajmniej nie złośliwa. 
Po zejściu na dół okazało się, że bolą Ją kopyta, gniją Jej strzałki... wiedziałam przynajmniej, co dodaje powodów do bycia wściekłym, oprócz nadmiatu energii...

Sobota: wiedziałam już, że nie mam się co pchać na paddok z Jess. Zostałam więc za ogrodzeniem paddoku i stamtąd bawiłam się z Jessicą. Najwięcej dało Jej do myślenia uderzenie w rurkę gdy chciała iść na mnie z zębami... Reagowała jednak, gdy chciałam Ją wycofać samym ruchem liny (cud!) i cofała w czasie jeża CS na pierś (też cud!). Potem dałam Jej się chwilę popaść. Lekko się zdziwiła, gdy wlazłam na ogrodzenie i gdy z tej pozycji bawiłyśmy się w FG ze sznureczkiem od carrota... ;-) Tym zakończyłyśmy. 

Niedziela: złość już po wyjściu z boksu... na paddoku też zostałam za ogrodzeniem... tym razem jednak ciągle nacierała na ogrodzenie, żeby poprzestawiać mnie... już nie chciała cofać na nic. Stawanie dęba, zęby. Wrócił Jej nawyk: albo Cię olewam i stoję spokojnie, albo Ty zwracasz moją uwagę na siebie i wtedy ja się wściekam... musiałyśmy kończyć tylko w miarę spokojnym staniem, bo przyszła burza i w zasadzie wracałyśmy kłusem do stajni (plus, że nie chciała stawać dęba, bo kiedyś po prostu zaczęłaby szaleć... może po prostu chciało Jej się jak najszybciej do stajni i mnie już olała). 

Poniedziałek: wiedziałam już, że nic nie zdziałam. Wiedziałam, że nie zrobię nic z koniem, który jest wulkanem energii. Przyszłam jednak do Jej boksu. Miałam nadzieję, że będzie dobrze. Nie było. Znowu wróciła Jess gryząca i atakująca. Kiedyś jednak miałam wrażenie, że cokolwiek zależy ode mnie. Tutaj zadecydowały warunki zewnętrzne i NIC nie mogłam zrobić. Nie wiem, co będzie dalej. Na razie wiem tylko tyle, że czekają mnie wakacje z trudnym koniem, na którego nawet nie ma co wsiadać, z którym będę pracować, a to wszystko dla nikogo nie ma znaczenia i po wakacjach znowu może być tak samo, jak wcześniej. Za dużo jest rzeczy, na które nie mam wpływu, a które bezpośrednio wpływają na stan tego konia. Dodatkowo moja wiedza jest mała, sprzęt za mało efektywny. 

Tak bardzo chciałabym mieć swojego konia... żeby wreszcie coś zależało ode mnie... ehhh.